#1 wujek Andrzej i Arbuz
Podobno każdy człowiek ma wiele wersji siebie. W zależności od środowiska w jakim się znajdujemy, przybieramy konkretną wersję swojego "ja". Zatem każdy człowiek postrzega nas inaczej i nie mamy na to wpływu. Dla kogoś innego, mój wujek może wydawać się zwykłym pijakiem, żulem, alkoholikiem. Dla mnie jest kimś więcej. Jest osobą, która jak każdy z nas ma swoje słabości, wady, grzechy. Jest osobą równie zagubioną jak inni, tylko bardziej. Jest kimś, kto nie poprosił o pomocną dłoń, nikt mu jej nie podał lub nie przyjął jej na czas. Jest człowiekiem, który tak samo jak wszyscy inni potrzebuje akceptacji, miłości i pomocy. Bo w głębi duszy wszyscy jesteśmy poranieni przez życie, zagubieni na jego ścieżkach.
Jako, że i on posiada wiele wersji siebie, udało mi się poznać dwie wersje. Jedna jest moim zdaniem nieprawdziwa, publiczna, słaba, odsłonięta - wersja wujka alkoholika. Druga to po prostu trzeźwa wersja mojego wujka.
To moja subiektywna wersja, opinia, to jak postrzegam tego człowieka od strony i chwili w życiu w jakiej go poznałam. Ktoś inny może go znać jako wersję ojca, syna, kolegi czy męża. Nie mam zamiaru opisywać tych wersji, bo ich nie znam. Dobra jestem w opisywaniu tego, co znam, zatem reszta byłaby klapą.
Pierwsza wersja, którą o wiele bardziej lubię to wersja trzeźwego wujka. Kiedy taki jest, w domu jest o wiele lepiej i ciszej. Trzeźwy wujek, nazywany jest przeze mnie wujkiem Andrzejem, czyli tak normalnie, jak powinno zawsze być. Trzeźwo. Po imieniu. Wujek. Normalnie. Rzadko zdarzają się takie dni, jak ten dzisiaj. Jest popołudnie, gorący środek tygodnia, kiedy wujek Andrzej je tylko trochę, ale w ogóle coś je. Dużo pracuje koło domu. Ciągle próbuje coś ulepszyć, zająć ręce robotą. Akurat tym razem, w jego krótkim stadium trzeźwości kończy sprzątać starą budę, którą rozbiera na części. Mało pije, tak ogólnie, nie mówiąc o alkoholu. Za to dużo się poci. Zwłaszcza w tym czerwcowym słońcu. Jednak rzeczą, która pierwsza wysuwa się na plan to to, że wujek jest uosobieniem ciszy. Jest cichy, nieśmiały kompletnie przeciwny to tej drugiej wersji. Szybko się denerwuje. Nawyk zniszczył wiele kabelków i przewodów nerwowych. Kiedyś wyczytałam to w jakimś artykule o chorobie alkoholowej. Jest taki sprany, spłowiały, transparentny. Jakby cały alkohol wypłukał w nim wszystko to, co w każdej osobie wyjątkowe, specjalne. To, czego nigdy nie było dane mi poznać, bo zwyczajnie było za późno. Spłynęło z potem, alkoholem i resztkami nadziei.
Jeśli chodzi o tę drugą wersję, wujka alkoholika, nazywam go wtedy Arbuzem. Może dlatego, że każdy tak do niego mówi od zawsze. Ale wydaje mi się to takie zdystansowane. To już nie jest wtedy wujek Andrzej, namiastka czegoś cichego i dającego choć trochę nadziei na lepsze jutro. Bez alkoholu, krzyków, łez i słabości. Arbuz jest kimś odległym, nie moim. Kiedy pił, wszystko zdawało się przez niego krzyczeć. Demony, niespełnione marzenia, żal, słabość, zagubienie, niezrealizowane założenia, możliwości. Było głośno, agresywnie, z przezwiskami i szukaniem wyżycia się na kimkolwiek. Był wszędzie, wyrzucał wszystkich, a potem wszystkich szukał. Władza i dominowanie grało tu dużą rolę. Jednak najgłośniej spośród wszystkiego, najgłośniej krzyczała w nim samotność. Była ona ciężka do rozpoznania, bo odzywała się w postaci przemocy. Jakby desperacko chciał, żeby za wszelką cenę ktokolwiek z nim w tym wszystkim pozostał i towarzyszył. Nawet jeśli miałoby to odbyć się za pomocą siły.
Te dwie wersje, to dwie skrajności. Oczywiście, że między tym było o wiele więcej wersji. Kiedy był tylko trochę pijany i lekko rozluźniony, ale wciąż pracował. Kiedy zalewał się do trupa i musieliśmy go zbierać z drogi lub rzeki. Kiedy trzeźwiał, miał delirkę i dotrzymywałam mu towarzystwa. Kiedy dopiero zaczynał pić i ogromnie dużo mówił. Te dwie główne wersje zacierały między sobą granice, ocierały się o siebie, tworzyły siatkę połączeń, mix zachowań i cech. Tworzyły mgliste obrazy wujka Andrzeja, Arbuza i kogoś pomiędzy.
Z czasem coraz bardziej ubywało dni, kiedy był wujek Andrzej, a coraz częściej pojawiał się Arbuz. Teraz, kiedy dwa piętra wyżej leży Arbuz, zastanawiam się czy jeszcze kiedykolwiek zobaczę wujka Andrzeja. Choćby na jeden dzień.
Nie wiem, jak dużo jest Arbuza w wujku Andrzeju, kiedy był trzeźwy. Jak bardzo się zmienił, jak bardzo kiedyś był inny? Chciałabym cofnąć się w czasie i poznać Andrzeja, nie wujka, ale osobę którą był, zanim zaczął pić. Wiem tylko, że ta totalnie zniszczona, pierwotna wersja, pojawia się czasami, kiedy jest Arbuzem. Myślę, że pojawia się także kiedy jest wujkiem Andrzejem, ale tylko w jego głowie. Kiedy jest Arbuzem, zwłaszcza na końcu stadia picia, kiedy już organizm nie wytrzymuje, ujawnia się w nim całe cierpienie, słabość i załamanie Andrzeja. Pierwotna wersja opłakuje siebie, bo wie, czym się stała - alkoholikiem, który chce przestać pić, ale ma ku temu za mało sił, silnej woli i pomocy od drugiego człowieka.
Dlatego kiedy widzę, że ktoś uzależniony od alkoholu jest wyśmiewany, poniżany i przezywany za swoją słabość, ja także mam ochotę krzyczeć. Bo wbrew wszystkiemu, wbrew temu że stchórzyli uciekając przed problemami do alkoholu, wylewają swoją słabość do publicznej oceny. Stają się szybką ofiarą, zwłaszcza do oceniania przez innych. Mam ochotę krzyczeć, że oni są równie połamani i zbrukani przez życie jak wszyscy inni. Tylko nie mają już siły, by powstać ponownie. Nie znają innej rzeczywistości niż ta, w którą ich wkopaliśmy, nadając łatkę alkoholika, żula, śmiecia.
Komentarze
Prześlij komentarz